Brandon Mull

Tłumaczył Rafał Lisowski

Rozdział 1: Starzy znajomi

 

            Smok z czerwoną grzywą wił się na dziedzińcu, falujące łuski połyskiwały w słońcu, ogon leniwie chodził na boki. Gad ruszył naprzód, rozprostowując długie cielsko.

Kilka par nóg pracowało, żeby lwi łeb znalazł się jeszcze bliżej samotnego chłopca. Smok ziewnął, pokazując rząd nierównych, pożółkłych kłów, które okalały tłusty język.

            – Co się stało? – zapytał lekko drwiącym tonem. – Powiedz coś. Rusz się.

            Nachylił się do twarzy chłopca i zaczął węszyć, rozdymając wielkie nozdrza. Pysk miał tak duży, że chyba mógłby połknąć całego nastolatka. A przynajmniej odgryźć mu górną połowę ciała. Seth próbował się zmusić do jakiegoś ruchu. Chciał się odsunąć. Unieść rękę. Coś wymamrotać.

            Jego ciało nie reagowało. Chłopiec nie był w stanie nawet kiwnąć palcem. Ani odwrócić wzroku. Był absolutnie sparaliżowany smoczym strachem.

            – Żadnej reakcji? – zapytał smok. – Przecież nic ci nie grozi.

            Wiem, chciał powiedzieć Seth. Jesteś moim pomocnikiem.

            Marat zwykle zachowywał ludzką postać, ale dziś zrobił wyjątek, ponieważ Seth chciał sprawdzić swoją odporność na smoczy strach. Skoro jego siostra, Kendra, umiała mu się oprzeć, to na pewno istniał jakiś sposób!

            – No dalej, Secie! – zapiszczał cichy głosik w kieszeni chłopca. Calvin, czempion nypsików, umiał panować nad sobą w obecności smoka, choć miał tylko parę centymetrów wzrostu.

            – Spróbuj się uśmiechnąć. Pamiętam, że kiedy byłem dzieckiem, tatko uśmiechem potrafił wybrnąć z każdej sytuacji. Seth słyszał Calvina, ale nie mógł ruszyć głową, żeby na niego spojrzeć. Mógł oddychać. Czuł, jak bije mu serce. Ale usta nie chciały układać słów. Mięśnie ani drgnęły, nawet żeby wygiąć wargi w uśmiechu. Seth był poskramiaczem smoków, kiedy trzymał Kendrę za rękę. Ale teraz stał niemy i nieruchomy.

            To nie fair. Jego siostra potrafiła zachować spokój, samodzielnie stawiając czoło smokowi – nawet kiedy chodziło o Celebranta, Króla Smoków.

            Chłopiec czuł się tym bardziej upokorzony, że przecież ta cała konfrontacja była na niby! Wiedział, że smok jest przyjazny i nie zrobi mu krzywdy. Nie miał racjonalnego powodu do obaw, więc dlaczego rozum nie brał góry nad instynktem? Czy Seth naprawdę był aż tak bojaźliwy?

            Długie cielsko skurczyło się i Marat zmienił się w łagodnego Azjatę, odzianego w wyszukane jedwabne szaty. Atmosfera strachu minęła i chłopiec znów mógł się ruszać.

            – Wcale się nie bałem – zapewnił.

            – Bardzo niewielu ludzi potrafi się oprzeć smoczemu strachowi.

            – Jasne, znieruchomiałem. Ale nie czułem lęku.

            – Mogłeś swobodnie myśleć? To już coś. Ale i tak mógłbym cię zabić, gdybym tylko chciał.

            – Może nie jestem dostatecznie zdesperowany?

            – Ciągle się zdarza, że smoki pożerają ludzi zastygłych w bez- ruchu. I oni przez cały ten czas są sparaliżowani strachem.

            A możesz mi wierzyć, że nie można im odmówić desperacji.

            – Dlaczego z Kendrą było inaczej?

            – Ona jest wróżkokrewna. Znalazła sposób, żeby wykorzystać tę moc. Tobie, jako zaklinaczowi cieni, może z czasem też się uda.

            – Jakieś wskazówki? Muszę to opanować. Smoki są wściekłe jak nigdy, szczególnie odkąd zdobyliśmy berło.

            – Ja nie jestem zaklinaczem cieni, no i nie odczuwam smoczego strachu. Potrzebny ci inny nauczyciel. Prosiłeś może siostrę?

            – Nie ma mowy. Jej moc różni się od mojej. Czego może mnie nauczyć Kendra? Jak zaprzyjaźnić się z wróżkami?

            – Kendra każdego mogłaby nauczyć wielu rzeczy – stwierdził Marat. – Być może nie chcesz jej poprosić, bo to twoja siostra?

            – Oczywiście! – odparł Seth. – Kto by chciał, żeby uczyła go siostra?

            – Moja siostra pomogła mi w nauce arytmetyki – wtrącił Calvin z kieszeni.

            – Wielkie rzeczy. To tylko matma. Kendra umie sama rozmawiać ze smokami. A ja nie!

            – Może twój nypsik ma jakiś pomysł – zasugerował Marat.

            – Nie wiem, czy pomogę – powiedział Calvin. – Nie stosuję żadnych technik w stylu wstrzymywanie oddechu albo zaciskanie kciuków. Moja jedyna rada to nie bać się.

            – Nie boisz się smoków? – zapytał Seth.

            – Nie aż tak, żebym zamarł w bezruchu. Nie umiem tego wytłumaczyć, ja po prostu rzadko czego się boję.

            – Serio?

            – Wiem, że smoki mogą mnie zabić – sprecyzował Calvin – Nie chcę zginąć ani zostać okaleczony. Niebezpieczeństwo mobilizuje mnie do czujności, a nie wywołuje strach.

            – Maracie, chcę spróbować jeszcze raz – oznajmił Seth. – Przygotuj się na czujność.

            – Czy mógłbyś zrobić sobie chwilę przerwy w ćwiczeniach? – odezwał się jakiś głos za jego plecami. Gdy chłopiec się obrócił, zobaczył, że na dziedziniec wchodzi Agad w stroju podróżnym i pelerynie. Za nim szli Nowel, Doren i Tanu.

            Ich przybycie tak Setha zaskoczyło, że nie wiedział, gdzie patrzeć najpierw. Najdłużej nie widział się z Tanu, więc skupił wzrok na nim. Samoański mistrz eliksirów miał na plecach duży worek, a u jego pasa dyndało kilka sakiewek. Wciąż był krępy i barczysty, ale wyglądał na nieco szczuplejszego, niż kiedy Seth oglądał go po raz ostatni.

            – Tanu! – zawołał chłopiec. – Schudłeś?

            – Nie celowo – odparł Samoańczyk ze zbolałym uśmiechem.

            – Ostatnio pływam po niespokojnych wodach. Sprawy kiepsko stoją.

            – My też tu jesteśmy – odezwał się Nowel i pomachał ręką.

            – I nieźle się objadamy – dodał Doren, klepiąc się po brzuchu.

            Seth widział obu satyrów zaledwie kilka dni temu, kiedy wrócił do Baśnioboru przez beczkę teleportacji.

            – Co wy tu robicie?

            – Bez ciebie robiło się nudno – powiedział Nowel.

            – Lubimy być tam, gdzie coś się dzieje – dorzucił Doren.

            – Niby od kiedy? – spytał podejrzliwie Seth. – Przecież wy zawsze zwiewacie.

            Nowel zmrużył jedno oko.

            – Lubimy być w pobliżu wydarzeń – sprecyzował. – Niekoniecznie musimy brudzić sobie ręce.

            – Albo dać je sobie uciąć – dopowiedział jego kompan.

            – Z odpowiedniej odległości życie bywa jak telewizja – wytłumaczył Nowel.

            – Sprowadzenie satyrów to był mój pomysł – odezwał się Agad. – Secie, pomyślałem, że przyda ci się ich towarzystwo w tych niespokojnych czasach.

            – Powiedziałeś, że tu jest masa żarcia – rzucił Doren oskarżycielskim tonem.

            – Spiżarnie pod tą twierdzą są dokładnie takie, jak obiecałem – wymamrotał czarodziej.

            – Pamiętasz naszą wycieczkę do Śpiewających Sióstr? – zapytał Setha Nowel. – Wtedy pokazałeś nam, co to fast food! I sklepy spożywcze! Każda okazja, żeby wyrwać się z rezerwatu, jest dla nas przeżyciem.

            – Zwłaszcza jeśli możemy liczyć na dobrą strawę – przyznał Doren. – I towarzystwo.

            – Wiadomo coś o Paprocie? – zapytał Seth.

            Agad wymienił spojrzenia z Tanu.

            – Żadnych dobrych wieści – powiedział. – Został pojmany.

            Dowiedzieliśmy się, gdzie go trzymają, ale kiedy dotarliśmy na miejsce, już go tam nie było. Nie mamy pojęcia, kto go więzi.

            Utrata Paprota to była okropna wiadomość. Seth wiedział, że jego siostra będzie zdruzgotana.

            – Myślisz, że on żyje?

            – Tak sądzę – odparł Agad. – Pozwoli to potwierdzić szybki rzut oka na róg, który Paprot zostawił Kendrze.

            Seth podszedł do Tanu.

            – Pomogłeś go znaleźć?

            – Pomogłem znaleźć pustą celę – odparł mistrz eliksirów – Staraliśmy się. Strzeliste Skały zostały opanowane przez szalejące smoki. Mieliśmy farta, że uszliśmy stamtąd z życiem.

            – To chyba jedna z tych przygód, które lepiej oglądać z daleka – skomentował Doren.

            – Można to tak ująć – przyznał Tanu. – Świat staje na głowie. Jak rozumiem, tu także dużo się działo.

            – Smoki sprawdzają wytrzymałość naszych zabezpieczeń – powiedział Seth. – Przez chwilę kiepsko to wyglądało. Kendra i ja zdobyliśmy berło, dzięki któremu twierdza jest lepiej chroniona.

            – I przy okazji poważniej zadarliście z Celebrantem – wtrącił Marat.

            – Wrogości Króla Smoków nie sposób było uniknąć – stwierdził Agad. – Grozi nam globalny bunt.

            – Chwileczkę – przerwał mu Nowel. – Mówiłeś nam o niepokojach.

            A nie o globalnej rebelii.

            – Niepokoje już się zaczęły – wyjaśnił Agad. – Światowa rebelia dopiero nadciąga. Powstanie jeszcze nie jest gotowe. Pracujemy nad tym, żeby je powstrzymać.

            – Można to poznać po tym, że jeszcze żyjemy – powiedział Tanu.

            – Ale Twierdza Czarnodół jest bezpieczna? – upewnił się Doren. – I spiżarnie?

            – Są starannie zamknięte – potwierdził Agad.

            Rozległ się niski, przeciągły dźwięk rogu. Pusta nuta stopniowo się obniżała, a w końcu ucichła.

            – Co to było? – zapytał Doren.

            – Początek polowania na satyrów – odparł Tanu z szerokim uśmiechem.

            – To dumnoróg – wyjaśnił Agad, kierując wzrok ku niebu.

            – Zbliża się niezapowiedziany smok.

            – Chyba zostawiłem szalik w Baśnioborze – oznajmił Nowel, powoli wycofując się w stronę drzwi. – Bardzo ważny.

            W paski.

            – Pomogę ci – zaproponował Doren.

            – Smok nie może nam nic zrobić – uspokoił ich Agad. – Już mówiłem, że twierdza jest zabezpieczona.

            – Co to za smok? – spytał Seth.

            – Przekonajmy się – rzekł Marat.

 

Rozdział 2: Zaproszenie

 

       Kiedy zabrzmiał dumnoróg, Kendra siedziała po turecku na zewnętrznym murze twierdzy, plecami do blanków, naprzeciwko dziewięciu wróżek, które otaczały ją półkolem. Wszystkie miały skrzydła ważek, poza jedną, najbardziej przysadzistą, ze skrzydłami jak u żuka. Wszystkie były jakby trochę mocniej zbudowane niż te w Baśnioborze – wciąż śliczne i gibkie, ale nieco bardziej umięśnione i wyraźnie mniej ufne.

            Na dźwięk rogu większość wzbiła się w powietrze. Ich skrzydła poruszały się tak szybko, że aż się rozmywały. Inne wróżki jeszcze stały, w każdej chwili gotowe odlecieć. Kendra podniosła się i wyjrzała poza mury twierdzy. Zobaczyła lśniącego smoka, mniejszego niż reszta przedstawicieli jego gatunku, sunącego ku Żerdzi, czyli wieży na skraju fortu, przeznaczonej do rozmów ze smokami.

            – To tylko Raxtus – zapiszczała jedna z wróżek.

            – Ostatnio dziwnie się zachowuje – zauważyła inna.

            – Prawie jak smok – zachichotała trzecia.

            Pozostałe parsknęły dźwięcznym śmiechem.

            – Pójdę do niego – stwierdziła Kendra. – Na pewno przybył porozmawiać.

            – Myślałam, że teraz rozmawiasz z nami – poskarżyła się któraś wróżka.

            – Może to coś pilnego. Dziękuję wam za obecność. Spotkamy się znowu jutro. Znacie swoje zadania. Przekażcie innym wróżkom, że chcę wiedzieć o każdej podejrzanej aktywności smoków.

            Kendra odwróciła się i ruszyła w stronę Żerdzi. Słyszała, jak za jej plecami wróżki mamroczą, że strasznie się rządzi, lecz postanowiła to zignorować. Wróżkami trudno się komenderuje, za to dosyć swobodnie poruszają się po Gadziej Opoce i są tak małe, że prawie niewidzialne dla smoków. Ze względu na wróżkokrewność Kendry musiały być jej posłuszne, co czyniło z nich doskonałych szpiegów.

Sytuacja ze smokami stała się krytyczna. Dziewczyna jawnie sprzeciwiła się Celebrantowi, więc było tylko kwestią czasu, kiedy Król Smoków weźmie odwet. Nie dało się przewidzieć, jak i gdzie smoki uderzą, niemniej Kendra domyślała się, że gdy już do tego dojdzie, skutki mogą być katastrofalne.

            Naprawdę nie miało znaczenia, czy wróżki na nią narzekają, skoro pomagały obserwować smoki.

            Szczytem muru do Kendry podbiegł alcetaur Henrick, gajowy Gadziej Opoki. Miał włochate ciało łosia, ale w miejscu, gdzie powinna być szyja, wyrastał tułów mężczyzny o szerokich barkach, silnych ramionach i surowej twarzy. Kendra zaczęła ufać Henrickowi, kiedy pomógł jej i Sethowi zdobyć berło i sprowadzić je z powrotem do Twierdzy Czarnodół.

            Alcetaur sięgnął ręką w dół, podniósł dziewczynę z ziemi i posadził ją sobie na grzbiecie.

            – To ten twój znajomy smok? – zapytał.

            – Tak, Raxtus – potwierdziła Kendra. Zwykle bardzo się cieszyła na widok przyjaciela, ale podczas ostatniej rozmowy okazało się, że w kwestii smoczej rebelii opowiada się on raczej po stronie swojego ojca, Celebranta. – Ciekawe, co chce nam powiedzieć.

            Czuła pęd powietrza, kiedy Henrick gnał po murze. Stukając kopytami, zatrzymał się przed Żerdzią, gdy Raxtus właśnie lądował. Poprzednią Żerdź niedawno zniszczył Celebrant, ale Seth zastąpił ją przenośną wieżą, którą dostał od olbrzyma Thronisa. Kendra zsunęła się z grzbietu alcetaura.

            Raxtus osiadł na wieży zgrabnie i bardzo cicho. Dziewczyna wiedziała z doświadczenia, że jest świetny w locie. Jak na smoka był nietypowo mały, porównywalny do sporego konia, ale skrzydła, szyja i ogon potęgowały jego rozmiary. Lśniąca zbroja srebrzystobiałych łusek miała tęczowy połysk, wskazujący na nietypowe pochodzenie – wykluł się dzięki wróżkom.

            – Cześć, Kendro – odezwał się smok bez zwykłego entuzjazmu.

            Jego głos brzmiał tak, jakby chórem mówiła grupa nastolatków.

            – Czy ten łosiowaty może sobie pójść? W cztery oczy będziemy mogli porozmawiać swobodniej.

            – To może być podstęp – ostrzegł Henrick, jedną ręką sięgając po łuk.

            – Zaryzykuję – odparła Kendra. – Czy możesz dać nam trochę prywatności? Zresztą co ci po strzałach? Żaden smok nie ma chyba twardszych łusek niż Raxtus.

            Henrick fuknął, a potem się oddalił, stukając kopytami. Raxtus nachylił łeb w stronę dziewczyny. Jego gładka powierzchnia lśniła jaśniej niż chrom.

            – Dziękuję za komplement, ale wiem, że twardsze łuski ma mój tata, a pewnie też kilka innych…

            – Nie bądź taki skromny – przerwała mu Kendra.

            – U ciebie wszystko w porządku?

            – Nic mi nie dolega. Ale na całym świecie buntują się smoki.

            Paprot zaginął, kiedy upadły Strzeliste Skały. – Dziewczyna zacisnęła pięści, gdy tylko o nim wspomniała. Siłą powstrzymała łzy i nagły ucisk w gardle.

            – Przykro mi to słyszeć. Próbowałem cię ostrzec.

            – Pamiętam.

            – Ciągle możesz uciec. To dopiero początek. Będzie tylko gorzej.

            – W takim razie ktoś musi to powstrzymać. Teraz to moje zadanie. Jestem opiekunką Gadziej Opoki.

            – Znajdź kogoś na swoje miejsce.

            Kendra westchnęła.

            – Myślisz, że powierzyliby dzieciom rolę opiekunów, gdyby mieli jakieś zastępstwo?

            – To, co robią, jest zbrodnią. Kierowanie dużymi azylami nigdy nie powinno należeć do ludzi. A co dopiero do tak młodych. Czy narażania dzieci na niebezpieczeństwo nie zabrania jakieś prawo?

            – Pewnie tak. Ale w wyjątkowych sytuacjach ludzie robią, co muszą. Nie możemy dopuścić, żeby świat opanowały smoki. Nie byłoby do czego wracać.

            – Już za późno. Zaczęło się od Strzelistych Skał. Inne azyle będą następne. Smoki wyczekiwały tego od dawna. Nie poddadzą się. Ludzie już tą planetą rządzili. Nadchodzą zmiany.

            – Ludzie pozwolili smokom żyć w azylach w spokoju. Czy smoki postąpią z ludźmi tak samo?

            – Nie wiemy, co zrobią smoki. Zbyt długo przebywały uwięzione w tych wielkich klatkach, które nazywacie azylami.

            – Kiedyś poruszały się po świecie swobodnie. Co wtedy zrobiły?

            Raxtus odwrócił wzrok.

            – Zabijały właściwie każdego, kogo napotkały – przyznał naburmuszonym tonem.

            – A potem? – zapytała Kendra.

            – Walczyły o władzę nad światem. Ale to było już po tym, kiedy ludzie zaczęli na nie polować.

            – Ludzie polowali na smoki, bo smoki wcześniej polowały na ludzi.

            Raxtus zwiesił głowę.

            – Fakt.

            – One nie mogą przebywać na wolności – powiedziała dziewczyna. – Nie bez powodu umieszczono je w azylach.

            Smok znowu zbliżył łeb.

            – Może nie byłyby najlepszymi opiekunami świata – przyznał cicho. – Ale czy zasługujemy na to, żeby żyć w zamknięciu, jak więźniowie? A co ważniejsze, teraz już za późno, żeby nas powstrzymać.

            – Więc czemu Celebrant ciągle tu jest?

            – To tylko kwestia czasu, Kendro. Będziemy wolni.

            – Ty już jesteś wolny, bo ci zaufaliśmy. Więźniami są inne smoki.

            Raxtus się wyprostował.

            – Mój ojciec poprosił, żebym opowiedział się po stronie jego i naszego rodzaju.

            – Wiem. Przydzielił cię do swojej gwardii przybocznej.

            – Kendro, do tej pory nigdy nie miałem wśród nich swojego miejsca – westchnął smok niemal błagalnym tonem.

            – Ciekawy moment, żeby to zmienić – skomentowała dziewczyna.

            – Wiedziałem, że tak właśnie powiesz – stwierdził urażony Raxtus. – To kluczowa chwila. Ojciec gromadzi wszystkich, którzy odpowiedzą na jego wezwanie. Poza tym dobrze spisałem się w Zzyzxie. Wreszcie dowiodłem swojej wartości.

            – I boisz się zaryzykować, że stracisz to, co zyskałeś.

            – Jasne, Kendro, jesteśmy przyjaciółmi. Ale czy ja cię proszę, żebyś stanęła przeciwko własnej rodzinie? Własnemu ludowi? Co byś wtedy powiedziała?

            – A czy moja rodzina zaczęła mnie traktować poważnie dopiero kilka miesięcy temu?

            Raxtus rozprostował skrzydła i pokręcił łbem.

            – Wiem, że pewnie nie są szczerzy. Jestem spragniony akceptacji, ale nie głupi. Zdaję sobie sprawę, że ojciec przysłał mnie tu dzisiaj, bo sądzi, że dzięki temu łatwiej dasz się przekonać.

            – Do czego?

            – Na szyi mam wiadomość.

            Dopiero teraz Kendra zauważyła nieduży walec zawieszony na wąskim łańcuszku.

            – Trzeba go odpiąć – powiedział smok.

            Dziewczyna podeszła, pociągnęła łańcuszek, żeby znaleźć zapięcie, i je otworzyła. Zaczęła siłować się z walcem.

            – Nie kłopocz się – rzucił Raxtus. – Możesz przeczytać później.

            To zaproszenie na ucztę powitalną.

            – Co? Gdzie?

            – W Niebodworze, zamku mojego ojca. Nie w Księżycowym Kle, jego prywatnej norze. To tam spotyka się z innymi smokami. Tam rządzi.

            Kendra zaśmiała się z niedowierzaniem.

            – Nie mogę tam pójść.

            – Zgadzam się – odparł Raxtus. – I nie możesz odrzucić zaproszenia.

            Dlatego powinnaś wyjechać.

            – To niemożliwe. Seth i ja jesteśmy opiekunami. Musimy udaremnić powstanie smoków. No i dlaczego nie możemy odrzucić zaproszenia?

            – Bo jeszcze nigdy żaden opiekun tego nie zrobił. Smoki mają prawo raz do roku urządzić ucztę na cześć przywódców Gadziej Opoki. Odmowa byłaby wielką zniewagą.

            – Większą zniewagą było zniszczenie Żerdzi przez Celebranta.

            – Ojciec czasem posuwa się do skrajności… – wymamrotał Raxtus.

            – To chyba wystarczający powód, żeby odebrać mu uprawnienia opiekuna – stwierdziła stanowczo Kendra.

            – Możesz o tym pomarzyć. Jesteś dzielna. Widziałem, jak pokonujesz Króla Demonów. No i postawiłaś się mojemu ojcu. Twój opór nie tylko go rozwścieczył i zawstydził. Zaszkodził też jego wiarygodności. Już dwa razy ktoś rzucił mu wyzwanie, chcąc odebrać mu koronę.

            – Inne smoki?

            Raxtus kiwnął łbem.

            – Po raz pierwszy od stuleci.

            – I co się stało?

            Smok parsknął.

            – Oba zostały unicestwione. Nie miały żadnych szans. Trafiły do piachu.

            – Czy jakiś smok może się równać z twoim ojcem?

            – Na razie nie, pewnie jeszcze przez setki lat. Ojciec wciąż jest w szczytowej formie. Smoki, które spróbowały z nim walczyć, należały do najambitniejszych, ale nie najsilniejszych.

            Nie bez powodu Celebrant tak długo był niekwestionowanym królem. To ty wstrząsnęłaś tym porządkiem. Teraz chce, żebyś też trafiła do piachu.

            – Cześć, Raxtus – rzucił Seth, który właśnie biegł do Żerdzi.

            – Cześć, Seth.

            Chłopiec przesadził murek i zeskoczył na szczyt wieży. Poprawił na szyi medalion opiekuna.

            – Ty przynajmniej jako jedyny smok nie paraliżujesz mnie strachem.

            Raxtus zaśmiał się pod nosem.

            – Większość smoków potrafi spotęgować ten strach siłą woli. Kiedy ja próbuję, ludzie się odprężają.

            – Serio? – zapytał Seth. – Zrób to!

            Raxtus rozejrzał się, a potem szeroko rozpostarł skrzydła i wbił wzrok w chłopca. Jego łuski zamigotały jak cekiny. Kendra wzięła głęboki, odprężający oddech i poczuła, że opuszcza ją napięcie. Miała ochotę usiąść. Albo może się położyć.

            Seth nieco się przygarbił. Wyglądał na sennego.

            Raxtus złożył skrzydła i przyjął zwykłą pozę. Migotanie ustało.

            – Nieźle – skomentował chłopiec. – Idealna sprawa w porze drzemki.

            Smocza Straż. Gniew Króla Smoków

            – I kolejny dowód na to, że nie pasuję – powiedział smok.

            – Nie wszystkie smoki są takie same – przypomniała mu Kendra. – Glommus był tak potężny, że strzegł Smoczej Świątyni, a jego oddech usypiał.

            – Glommus był gigantyczny – odparł Raxtus. – Usypiał całe grupy i potężne istoty, żeby je pożreć. Ale rozumiem, co masz na myśli. Dziękuję.

            – Dalej grasz nie w tej drużynie, co trzeba? – zapytał Seth. – Kendra mówiła, że ostatnio opowiedziałeś się po stronie smoków.

            Raxtus zaśmiał się nerwowo.

            – Chcę, żebyście byli bezpieczni. Naprawdę. Nie wiem, czy smoki da się zatrzymać.

            – Ale nam pomożesz.

            – Wszystko, co mogę zrobić, to służyć wam radą. Nie podejmujcie tej walki. Opuśćcie Gadzią Opokę. Ukryjcie się.

            – One rzeczywiście namieszały ci w głowie.

            – To mój gatunek. Celebrant jest moim ojcem.

            – Król Smoków właśnie zaprosił nas na ucztę – powiedziała Kendra, pokazując bratu walcowaty pojemnik.

            – W roli głównego dania czy deseru? – odparł Seth.

            – Będziecie gośćmi honorowymi – wyjaśnił Raxtus. – Macie gwarancję bezpieczeństwa.

            – Od tego samego smoka, który pragnie naszej śmierci?

            – Wasze bezpieczeństwo gwarantują prawa gościnności tego rezerwatu i całego magicznego ludu. Włącznie ze smokami.

            – To musi być pułapka. On nie chce nas uhonorować.

            – Cała Gadzia Opoka jest pułapką. Powinniście stąd odejść. Mówię tak, bo mi na was zależy.

            – Dostaniesz awans, jak nas przegonisz? – naciskał chłopiec. Raxtus, skrępowany, przestąpił z nogi na nogę i machnął ogonem.

            – Pomagam wam, jak mogę.

            – A my próbujemy pomóc twojemu ojcu – odparła Kendra.

            – I smokom. Nie przybyliśmy tutaj po to, żeby zrobić im krzywdę albo je obrazić. Chcemy się o nie troszczyć. Celebrant nas zaatakował. Przecież on jest opiekunem. Powinien nam pomagać, a nie działać przeciwko nam.

            – Próżnowanie w klatce jak stary cyrkowy lew bez pazurów nie leży w smoczej naturze. Nie można dać Królowi Smoków stanowiska bez znaczenia i oczekiwać, że będzie zachowywał się jak człowiek.

            – Uważasz, że on nie może być prawdziwym opiekunem?

            Przecież ma obowiązek troszczyć się o azyl i dbać o tutejsze istoty. Nie nadaje się do tego?

            – Wypaczasz moje słowa.

            – A ty popierasz agresorów.

            – Czy lew w klatce jest agresorem? Czy raczej więźniem?

            – Może lew nie jest agresorem. Ale skazaniec tak. Trafia do więzienia z konkretnej przyczyny.       Smoki umieszczono tutaj dlatego, że próbowały zniszczyć świat. Są pierwotnymi agresorami.

Żyją tu komfortowo. A teraz chcą walczyć.

            – Tak konkretnie to w tej chwili chcą z wami ucztować. Zaproszenie już macie. Agad w przeszłości uczestniczył w uczcie. Proszę bardzo, zapytajcie go. Odmowa z waszej strony będzie wielką obrazą. Mój ojciec wykorzysta to przeciwko wam. Macie gwarancję bezpieczeństwa. A jeśli myślicie, że nic w tej sprawie nie jest bezpieczne, to słusznie. Pójdę już.

            – Pewnie – rzucił Seth. – Zanim zwymiotuję. Kiedyś byłeś naszym przyjacielem.

            – Ja też cię kocham – odparł Raxtus. – Nadal próbuję wam pomóc. Opuśćcie Gadzią Opokę.

            Zerwał się w górę, machnął skrzydłami, a wtedy Kendrę i Setha owiał podmuch powietrza. Smok zamigotał w słońcu i prędko wzniósł się w niebo.