Brandon Mull

Tłumaczył Rafał Lisowski

Rozdział 1: Ostatnie życzenie

           

            Seth wiedział, że nie powinno go tu być. Dziadkowie wściekliby się, gdyby o tym usłyszeli. Ponura jaskinia cuchnęła jak nigdy dotąd – obrzydliwą mieszanką zgniłego mięsa i owoców. W grocie było parno. Zatęchłe powietrze zmuszało chłopca, żeby nie tylko wąchał, ale wręcz smakował tę wstrętną słodycz. Z każdym oddechem zbierało mu się na wymioty.

            Graulas leżał na boku. Dyszał nierówno, z trudem, jego pierś unosiła się i opadała. Zaropiałą twarz opierał na ziemi. Skóra z odczynami zapalnymi rozpłaszczała się niczym lepka masa. Choć jego pomarszczone powieki były zamknięte, to kiedy Seth się zbliżył, demon poruszył się i stęknął. Zajęczał, zakasłał, a potem oderwał twarz od podłoża, skrobiąc o ziemię zakręconym baranim rogiem. Nie podniósł się całkowicie, ale zdołał się podeprzeć na łokciu.

            Odrobinę uchylił jedną powiekę. Drugie oko zbytnio zaropiało.

            – Seth – wychrypiał.

            Jego głos, niegdyś donośny, był teraz słaby i zmęczony.

            – Przyszedłem – oznajmił chłopiec. – Mówiłeś, że to pilne.

            Ciężki łeb kiwnął potakująco.

            – Ja… umieram – wycedził demon.

            Przedwieczny stwór był chory i umierał, odkąd Seth go poznał.

            – Bardziej niż dotąd?

            Graulas zarzęził i odkaszlnął. Nad chropowatym cielskiem uniosła się chmura kurzu. Demon odpluł gęstą flegmę, a potem znów się odezwał, niemal szeptem:

            – Po… wielu latach… dogasania… w końcu nadeszły… ostatnie dni.

            Chłopiec nie wiedział, co powiedzieć. Graulas nigdy nie ukrywał swej nikczemnej przeszłości. Większość dobrych ludzi wieść o jego zgonie przyjęłaby z radością. Jednak stwór bardzo polubił Setha. Zaintrygowany jego niezwykłymi wyczynami pomógł powstrzymać plagę cienia, a później pozwolił mu opanować nowo pozyskane zdolności zaklinacza cieni. Bez względu na dawne zbrodnie konający demon zawsze dobrze go traktował.

            – Przykro mi – powiedział Seth, odrobinę zaskoczony, że faktycznie jest mu żal.

            Graulas zadrżał, osunął się pod nim łokieć i demon płasko opadł na ziemię. Zamknął oko.

            – Ten ból – jęknął cicho. – Potworny ból. Mój gatunek… umiera… tak powoli. Myślałem… że zaznałem… każdego możliwego cierpienia. Ale teraz… wierci… wykręca… zżera… pęcznieje. Głęboko w środku. Pochłania. Nim zdołam to opanować… ból narasta… do nowych rozmiarów.

            – Czy mogę ci jakoś pomóc? – spytał Seth, choć wątpił, czy przyda się tutaj jakiś lek z domowej apteczki. Demon parsknął.

            – Nie sądzę – wydyszał. – Rozumiem… że jutro wyjeżdżasz.

            – Skąd wiesz?

            Misja Setha miała pozostać w tajemnicy.

            – Nigdy… nie mów o planach… Nowelowi i Dorenowi.

            Chłopiec nie zdradził satyrom szczegółów. Powiedział tylko, że na jakiś czas opuszcza Baśniobór. Przebywał w rezerwacie od ponad trzech miesięcy, czyli od czasu, gdy wraz z towarzyszami wrócił z Gadziej Opoki. Zdążył przeżyć z Nowelem i Dorenem kilka przygód, więc uznał, że jest im winien pożegnanie. Dziadek pozwalał rozmawiać o misji wyłącznie w gabinecie obłożonym zaklęciami przeciwko szpiegom, więc Seth nie przekazał satyrom nic ważnego, ale pewnie w ogóle powinien był trzymać język za zębami.

            – Nie mówiłem im o konkretach – odparł.

            – Nie… ale słyszałem, jak wspomnieli o twoim wyjeździe… gdy przemieszczali się po lesie. Chociaż… nie mam wglądu do waszego domu… domyślam się… że szukacie kolejnego artefaktu. Tylko taka… misja… kazałaby Stanowi zaryzykować… twoje bezpieczeństwo.

            – Naprawdę nie mogę o tym mówić.

            Graulas zaniósł się flegmistym kaszlem.

            – Szczegóły są nieistotne. Skoro usłyszałem i zgadłem… to inni również mogli to zrobić. Mimo że nie jestem w stanie spojrzeć… poza granice rezerwatu… wyczuwam mnóstwo uwagi skupionej na Baśnioborze. Potężne moce próbują szpiegować. Miejcie się na baczności.

            – Będę ostrożny – obiecał Seth. – To dlatego mnie wezwałeś? Żeby mnie ostrzec?

            Demon uchylił jedno oko, a na wysuszonych ustach pojawił się blady uśmiech. – Nie jestem takim… altruistą. Chcę prosić o przysługę.

            – Jaką?

            – Mogę… umrzeć… zanim wrócisz. Wtedy te życzenia… stracą znaczenie. Po tylu latach… moje dni naprawdę są policzone. Seth… Martwi mnie… nie tylko… ból fizyczny. Boję się śmierci.

            – Ja też.

            Graulas się skrzywił.

            – Nic nie rozumiesz. W porównaniu ze mną… nie masz się czego lękać.

            Chłopiec zmarszczył brwi.

            – Dlatego że byłeś zły?

            – Gdybym mógł… rozpłynąć się w nicość… byłbym szczęśliwy.

            Ale tak się nie stanie. Seth, czekają nas inne sfery. Miejsce przygotowane dla mojego rodzaju… kiedy kończymy to życie… nie jest przyjemne. Właśnie dlatego demony starają się przetrwać jak najdłużej. Przez tysiące lat… żyłem w taki sposób… że przyjdzie mi za to słono zapłacić.

            – Ale teraz nie jesteś już taki jak kiedyś – odparł Seth. – Bardzo mi pomogłeś. Na pewno to się liczy.

            Graulas sapnął i zakasłał inaczej niż wcześniej. Brzmiało to prawie tak, jakby się gorzko śmiał.

            – Na łożu śmierci… wmieszałem się w twoje rozterki… dla własnej rozrywki. Takie drobnostki nie zrównoważą stuleci świadomego czynienia zła. Seth, ja się wcale nie zmieniłem. Jedynie straciłem moc. Brak mi determinacji. Muszę znosić tak wielki ból, iż lękam się, że w zaświatach… czeka mnie jeszcze gorsze cierpienie.

            – To co mogę zrobić? – zainteresował się Seth.

            – Tylko jedno – warknął Graulas przez ściągnięte wargi. Zmrużył oko i zacisnął pięści. Seth usłyszał zgrzytanie zębów. Demon oddychał gwałtownie i nierówno. – Chwileczkę – wydusił, cały drżąc. Z jego oczu sączyły się tłuste łzy. Seth odwrócił wzrok. Nie mógł już na to patrzeć. Nie wyobrażał sobie takiego nieszczęścia. Miał ochotę wybiec z jaskini i już tam nie wrócić.

            – Chwileczkę – sapnął znowu Graulas. Po kilku jękach i stęknięciach zaczął oddychać miarowo. – Możesz zrobić dla mnie jedną rzecz.

            – Słucham.

            – Nie znam celu waszej misji… ale gdybyście odzyskali Piaski Świętości… ten artefakt ogromnie ulżyłby mi w cierpieniu.

            – Przecież jesteś przepełniony chorobą. Czy to by cię nie zabiło?

            – Myślisz o… rogu jednorożca. Róg oczyszcza… więc owszem… zgładziłby mnie jego dotyk. Ale Piaski uzdrawiają. Nie poprzestałyby na wypaleniu nieczystości. Wyleczyłyby choroby i pozwoliły mi to przeżyć. I tak umarłbym ze starości, ale ból zelżałby, a leczenie może dałoby mi jeszcze trochę czasu. Wybacz, Seth. Nie prosiłbym… gdybym nie był zdesperowany.

            Seth spoglądał na żałośnie wyniszczonego demona.

            – Piaski ma Sfinks – rzekł łagodnie.

            – Wiem – szepnął Graulas. – Sama myśl… że istnieje choć cień szansy… pozwala mi skupić się na czymś innym… niż… niż…

            – Rozumiem – powiedział Seth.

            – Tylko na to mogę liczyć.

            – Oczywiście staramy się odzyskać Piaski – uspokajał go chłopiec.

            – Nie mogę powiedzieć, że to właśnie cel naszej misji, ale naturalnie chcemy wejść w posiadanie wszystkich artefaktów. Jeśli zdobędziemy Piaski Świętości, przyniosę je, żeby cię uzdrowić. Obiecuję. W porządku?

            Z oczu demona tryskały blade łzy. Stwór odwrócił twarz.

            – Dobrze. Dziękuję ci… Secie Sorensonie. Żegnaj.

            – Czy mógłbym jeszcze coś… – Idź. Nic więcej dla mnie nie zrobisz. Nie chcę… być oglądany… w tym stanie.

            – Okej. Trzymaj się.

            Seth opuścił jaskinię z latarką w dłoni. Z ulgą zostawił za sobą wilgotny smród i widok rozdzierającego cierpienia.

 

Rozdział 2: Obsydianowe pustkowie

            Kendra leżała wyciągnięta w fotelu i starała się zdrzemnąć, lecz mimo hipnotycznie jednostajnego jęku silników odrzutowych nie potrafiła uspokoić myśli. Wraz z Tanu i Sethem kolejnymi samolotami przebyli drogę z Nowego Jorku do Londynu, potem do Singapuru, a wreszcie do Perth, stolicy Australii Zachodniej, gdzie wsiedli do prywatnego odrzutowca, którym właśnie lecieli.

            Na lotniskach Tanu kazał im się kryć po łazienkach, tam zmieniali ubrania, a następnie krętymi trasami prowadził ich przez terminale.

            Podróżowali pod przybranymi nazwiskami, korzystając z fałszywych dokumentów. Wszystko po to, by nie ściągnąć uwagi wrogów ze Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej. W Perth spotkali się z Traskiem, Marą, Elise oraz jakimś gościem, który nazywał się Vincent. Ten pierwszy siedział na wysokości Kendry po drugiej stronie przejścia. Piłował paznokcie, a jego czarnoskóra łysina połyskiwała. Z wcześniejszych doświadczeń dziewczynka wiedziała, że Trask potrafi zachować spokój w najtrudniejszych sytuacjach. Powszechnie uchodził za najbardziej wytrawnego agenta spośród wszystkich Rycerzy Świtu.

            Siedzący naprzeciw niej Tanu opierał się o okno i cicho pochrapywał.

            W trakcie dotychczasowych lotów samoański mistrz eliksirów głównie spał. Mimo sporych rozmiarów miał talent do drzemania w samolotach. Kendra żałowała, że nie poprosiła go o jakiś uspokajający specyfik.

            Za nią wyciągnęła się Elise. Słuchała muzyki przez słuchawki tłumiące hałasy. Miała świeże rude pasemka we włosach, a na twarzy mocniejszy makijaż, niż gdy w grudniu pomagała Warrenowi pilnować Setha i Kendry. Zamknęła oczy i łagodnie stukała palcami o uda w rytm melodii.

            Na przodzie kabiny Mara spoglądała przez okno. Wysoka, wysportowana Indianka o wyraziście zarysowanych kościach policzkowych nie należała do rozmownych już przed upadkiem Zaginionej Góry i śmiercią matki. Odkąd przywitała się z towarzyszami w Perth, była jeszcze bardziej milcząca niż kiedykolwiek.

            Vincent, jedyny członek zespołu, którego Kendra wcześniej nie znała, siedział obok Mary. Ten drobny Filipińczyk często się uśmiechał i mówił z lekkim akcentem. Jak wyjaśnił dziadek, wybrano go do misji ze względu na dobrą znajomość Obsydianowego Pustkowia.

            Choć Kendra w tej chwili nie widziała Setha, wiedziała, że jej brat siedzi w kokpicie z Aaronem Stone’em, tym samym, który pilotował śmigłowiec podczas wyprawy do Gadziej Opoki. Czy to naprawdę wydarzyło się przed zaledwie trzema miesiącami? Wydawało się, że od tamtej pory minęły wieki. Dziewczynka żałowała, że nie ma z nimi Warrena. Czuła się jakoś nieswojo, biorąc udział w przygodzie bez niego. Towarzyszył jej w odwróconej wieży w Baśnioborze, a także w Zaginionej Górze i Gadziej Opoce. Teraz jednak to między innymi z powodu Warrena misja była taka pilna. W Gadziej Opoce został uwięziony w magicznej komnacie. Wejście do tego pomieszczenia wyglądało jak zwykły chlebak, ale po drugiej stronie nierzucającego się w oczy portalu szereg szczebli prowadził do przestronnego magazynu, który wypełniały zapasy oraz różne rupiecie. Kiedy Gavin ujawnił się jako Navarog, zniszczył chlebak i spowodował, że Warren utknął tam w towarzystwie małego trolla pustelnika o imieniu Bubda.

            W magazynie było dużo jedzenia i wody, ale zasoby kiedyś się skończą. Dziadek wraz z pozostałymi wyliczył, że teraz, po upływie trzech miesięcy, Warrenowi niewiele ich zostało. Bez szybkiej interwencji wkrótce umrze z głodu.

            Zaraz po powrocie Kendry z Gadziej Opoki Coulter Dixon wyruszył z misją odkrycia sposobu działania Translocatora. Wyprawa do smoczego azylu zaowocowała zdobyciem klucza do skarbca w Obsydianowym Pustkowiu, ale pozyskanie Translocatora okazałoby się bardziej przydatne, gdyby wiedzieli, w jaki sposób pozwala on władać przestrzenią. W przeciwnym razie Translocator podzieli los Chronometru, potężnego artefaktu, którego w zasadzie nie potrafili używać.

            Chociaż doświadczony poszukiwacz magicznych przedmiotów wykorzystał najlepsze znajomości i zweryfikował wszystkie przeczucia, nie odkrył nic nowego. Kendra nie pamiętała, by kiedykolwiek robił wrażenie tak starego i pokonanego. Inni również szukali wskazówek, lecz w końcu to Vanessa powiadomiłao sukcesie. Urządzała mentalne wyprawy poza Baśniobór, posługując się umysłami śpiących osób, które ugryzła w przeszłości. Jej głównym celem było odkrycie, dokąd zabrano rodziców Kendry, jednak dzięki współpracy z jednym z kontaktów wewnątrz Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej natrafiła na pilnie strzeżone szczegóły działania Translocatora. Coulter potwierdził trafność pozyskanych informacji, a wtedy Rycerze zaczęli planować misję z nadzieją, że artefakt pomoże uratować Warrena i zapewni przewagę nad Stowarzyszeniem.

            Kendra po cichu liczyła również na to, że tak potężny magiczny przedmiot pozwoli odnaleźć jej rodziców. Marla i Scott Sorensonowie do tej pory nic nie wiedzieli o istnieniu zakamuflowanych magicznych stworzeń. Chociaż nie byli zamieszani w incydenty otaczające Baśniobór, nastąpiło wydarzenie bez precedensu: zostali porwani. Co dziwniejsze, Stowarzyszenie nie powiadomiło o warunkach uwolnienia zakładników. Po zajściach w Gadziej Opoce Sfinks oraz jego organizacja jakby zapadli się pod ziemię.

            Kendra starała się nie zastanawiać nad losem rodziców. Na samą myśl bolało ją serce. Scott i Marla sądzili, że ich córka nie żyje. Zorganizowali pogrzeb i pochowali duplikat Kendry, a potem porwano ich przed wyjaśnieniem sytuacji. Dziewczynkę ogarniało żałosne uczucie pustki, ilekroć przypominała sobie, że rodzice uważają ją za martwą. Tyle niepotrzebnej rozpaczy! Czy teraz, gdy są więźniami, kiedykolwiek poznają prawdę?

            Co gorsza, oni wcale nie zawinili temu porwaniu. Nigdy nawet nie słyszeli o Stowarzyszeniu Gwiazdy Wieczornej. Winę ponosili Kendra, Seth, no i może dziadkowie Sorensonowie. Uprowadzenie Scotta i Marli musiało być zemstą za porażkę Navaroga w Gadziej

Opoce. Na samą myśl, że ukochani rodzice zapłacili za jej decyzje, dziewczynce chciało się wyć. Aby walczyć z rozpaczą, pozwalała temu uczuciu przerodzić się w nienawiść, rozżarzony do czerwoności gniew podsycany strachem i wyrzutami sumienia. Zwykle cała ta odraza koncentrowała się na jednej osobie – na Sfinksie.

            To właśnie on wypowiedział wojnę rezerwatom magicznych stworzeń. Próbował ukraść pięć tajemnych artefaktów, które wspólnie mogą otworzyć Zzyzx, więzienie demonów. To on zapoznał Kendrę z Gavinem, fajnym chłopakiem i serdecznym przyjacielem, który okazał się podstępnym, demonicznym smokiem.

            To Sfinks zapoczątkował plagę cienia, która doprowadziła do śmierci Leny. Sfinks porwał Kendrę i zmusił do użycia Oculusa, artefaktu zapewniającego niezwykłą moc widzenia, co nieomal wypaliło jej mózg. I to właśnie Sfinks wciąż pozostawał bezkarny na wolności, miał w garści jej rodziców i snuł kolejne intrygi, mogące zaowocować otwarciem Zzyzxu oraz końcem świata.