Brandon Mull

Tłumaczył Rafał Lisowski

Rozdział 2: Znowu razem

           

            Dla Kendry Sorenson całkowita ciemność już nie istniała.

            Dziewczynka siedziała w chłodnym korytarzu lochu pod głównym domem w Baśnioborze oparta plecami o kamienną ścianę.

            Kolana podciągnęła pod brodę. Przed nią stała duża skrzynia ze złoconymi zdobieniami.     Przypominała te, których używają magicy w sztuczkach ze znikającą asystentką. Mimo braku światła Kendra z łatwością dostrzegała kontury Skrzyni Ciszy.

            Co prawda, w korytarzu panował mrok, a kolory były niewyraźne, ale w przeciwieństwie do innych – nawet goblinów strażników, które pilnowały lochu – dziewczynka nie potrzebowała świecy ani pochodni, żeby bez trudu poruszać się po ciemnych zakamarkach. Wyczulony wzrok to jeden z efektów zmian, jakie zeszłego lata wywołały w niej wróżki, czyniąc ją wróżkokrewną.

            Kendra wiedziała, że wewnątrz Skrzyni Ciszy czeka Vanessa Santoro. W głębi duszy bardzo chciała porozmawiać z dawną przyjaciółką, mimo że Vanessa zdradziła rodzinę Sorensonów i o mało nie przyczyniła się do ich śmierci. Dziewczynką nie kierowało jednak czułe wspomnienie dawnych pogawędek. Kendra pragnęła wyjaśnienia ostatniej wiadomości, którą Vanessa nagryzmoliła na posadzce celi, zanim skazano ją na karę więzienia w Skrzyni.

            Gdy tylko odkryła list, natychmiast powiedziała o nim dziadkom.

            Stan Sorenson przez parę minut wytężał wzrok z grymasem na twarzy, wpatrując się w lśniące litery w widmowym blasku umitkowej świecy. Długo rozważał niepokojące oskarżenia pozostawione przez zdesperowaną zdrajczynię. Kendra wciąż pamiętała jego pierwszy werdykt: „Albo to najbardziej zatrważająca prawda, z jaką się w życiu spotkałem, albo najgenialniejsze kłamstwo”.

            Po niemal dwóch miesiącach wcale nie zbliżyli się do potwierdzenia lub obalenia prawdziwości listu. Jeśli Vanessa nie kłamała, to Sfinks, największy sprzymierzeniec opiekunów Baśnioboru, w istocie był arcywrogiem w przebraniu. Kobieta oskarżała go o wykorzystywanie bliskiego związku z obrońcami magicznych rezerwatów do realizacji intryg Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej.

            Jeśli z kolei wiadomość była fałszywa, to Vanessa oczerniała najpotężniejszego przyjaciela opiekunów, aby wywołać waśń oraz spowodować, że wypuszczą ją z niewoli. Bez pomocy z zewnątrz musiała pozostać w Skrzyni Ciszy w stanie zawieszenia tak długo, aż jej miejsca nie zajmie ktoś inny. Teoretycznie mogła więc stać na baczność w czarnym milczeniu przez całe stulecia.

            Kendra potarła łydki. O ile ktoś tymczasowo nie zastąpi Vanessy wewnątrz Skrzyni, wypuszczenie jej dawnej przyjaciółki na krótką rozmowę będzie niemożliwe. Do tego kobieta okazała się narkobliksem. Zanim ją zdemaskowano, w ciągu wakacji ugryzła niemal wszystkich ludzi w Baśnioborze. Oznaczało to, że jeśli opuściłaby Skrzynię Ciszy, mogłaby nimi sterować, gdy tylko zasną.

            Na rozmowę z Vanessą Kendra musiała poczekać do czasu, aż wszyscy wyrażą zgodę. Kto wie, kiedy to będzie? Gdy ostatnio omawiali ten temat, nikt nie opowiedział się za tym, żeby dać więźniarce szansę złożenia szczegółowych wyjaśnień. Dziadkowie podzielili się niepokojącą wiadomością z Warrenem, Tanu, Coulterem, Dale’em i Sethem, którzy przysięgli dochować tajemnicy. Każdy dołożył starań, żeby zweryfikować prawdziwość słów zapisanych na więziennej podłodze. Oby Tanu i Warren, wracający dziś wieczorem z misji, przynieśli jakieś lepsze wieści. Czy w przeciwnym razie pozostali wreszcie uznają, że nadeszła pora wysłuchać tego, co ma do powiedzenia Vanessa? Kusiła sugestią, że wie więcej, niż napisała w liście. Kendra była przekonana, że kobieta rzuci trochę światła na całą sprawę. Postanowiła ponownie zagłosować za rozmową.

            Na końcu korytarza zatańczyło migotliwe światło. Zza winkla wyszedł Slaggo. Obleśny goblin w jednej dłoni niósł wiadro zarośnięte pleśnią, a w drugiej ściskał pochodnię. Na widok Kendry przystanął.

            – Znowu się czaisz w lochu? – mruknął. – Możemy ci znaleźć robotę. Zarobek jest bezkonkurencyjny. Lubisz surowe mięso kury?

            – Nie będę wam przeszkadzać w zabawie – odburknęła dziewczynka.

            Nie była zbyt miła wobec Slaggo ani Wursza, odkąd nieomal nakarmili nią uwięzionych dziadków. Goblin uśmiechnął się obrzydliwie.

            – Ale się dąsasz. Myślałby kto, że w Skrzyni zamknęli twojego ulubionego pieska.

            – Wcale nie tęsknię za Vanessą – odparła Kendra. – Po prostu rozmyślam.

            Slaggo głęboko odetchnął i rozejrzał się wokół.

            – Rzeczywiście trudno o bardziej inspirujące otoczenie – przyznał.

            – Nic tak nie pobudza umysłowo jak daremne jęki skazańców.

            Ruszył przed siebie, oblizując usta. Był niski, kościsty i zielonkawy.

            Miał oczy jak paciorki oraz uszy przypominające skrzydła nietoperza. Kendra tymczasowo miała dwadzieścia centymetrów wzrostu, więc teraz wyglądał znacznie groźniej. Goblin nie minął jej, ale znowu przystanął. Tym razem spojrzał na Skrzynię Ciszy.

            – Ciekawe, kto tam wcześniej siedział – mruknął jakby sam do siebie. – Zastanawiałem się nad tym codziennie przez kilkadziesiąt lat… A teraz nigdy się już nie dowiem. Odkąd Skrzynię Ciszy sprowadzono do Baśnioboru, przebywał w niej ten sam więzień, dopóki Sfinks nie zastąpił go Vanessą.

            Uważał, że tylko w takim zamknięciu narkobliks nie będzie w stanie sterować śpiącymi. Jeśli ostatnia wiadomość Vanessy była zgodna z prawdą, a Sfinks to wróg, prawdopodobnie w ten sposób uwolnił dawnego, potężnego wspólnika. Jeżeli zaś Vanessa kłamała, to po prostu przetransportował więźnia w inne miejsce. Nikt nie poznał tożsamości tajemniczego skazańca. Był skuty łańcuchami, a na głowie miał zgrzebny jutowy worek.

            – Ja też chętnie bym się dowiedziała, kto to jest – przyznała Kendra.

            – Wiesz, powąchałem go sobie – powiedział od niechcenia Slaggo, zerkając na nią z ukosa. – Schowałem się w cieniu, kiedy Sfinks go wyprowadzał. – Goblin był z tego wyraźnie dumny.

            – Możesz mi coś o nim powiedzieć? – Kendra połknęła haczyk.

            – Zawsze miałem dobry węch – pochwalił się Slaggo. Otarł nozdrza przedramieniem i zakołysał się na piętach. – To na pewno facet. W jego zapachu wyczułem coś dziwnego, nietypowego, trudnego do rozpoznania. Strzelam, że to nie do końca człowiek.

            – Ciekawe – stwierdziła Kendra.

            – Szkoda, że nie udało mi się poniuchać z bliska – jęknął goblin. – Spróbowałbym, ale ze Sfinksem lepiej nie zadzierać.

            – Co o nim wiesz?

            Slaggo wzruszył ramionami.

            – Tyle co wszyscy. Podobno jest mądry i ma dużą moc. Pachnie jak zwykły człowiek. Jeżeli tak naprawdę jest czymś innym, to świetnie się maskuje. Tak czy inaczej wydaje się bardzo stary. Ma zapach z innej epoki.

            Goblin oczywiście nie miał pojęcia o liście Vanessy.

            – Wygląda na dobrego człowieka – powiedziała Kendra.

            Slaggo znów wzruszył ramionami.

            – Chcesz trochę brei? – Podsunął dziewczynce wiadro.

            – Obejdzie się – odparła Kendra, usiłując nie wdychać ohydnej woni.

            – Prosto z ognia – zachwalał goblin.

            Kiedy dziewczynka pokręciła głową, ruszył dalej przed siebie.

            – Miłego siedzenia w ciemności – rzucił na pożegnanie.

            Kendra prawie się uśmiechnęła. Slaggo nie zdawał sobie sprawy, jak dobrze widzi, kiedy nie ma światła. Pewnie mu się wydawało, że dziewczynka uwielbia tkwić sama w mroku.          

Oczywiście to prawda, że ostatnio często samotnie spędzała czas w lochu, więc niezbyt się pomylił. Kiedy zniknął z pola widzenia, a migotliwy blask pochodni zmalał w oddali, Kendra wstała. Przyłożyła dłoń do gładkiego drewna Skrzyni Ciszy. Chociaż Vanessa ich zdradziła, okazała się kłamcą i łatwo było zgadnąć, dlaczego mogła udawać, że dysponuje wartościowymi informacjami, to dziewczynka wierzyła w treść listu na podłodze celi i chciała się dowiedzieć czegoś więcej. 

* * *

            Seth przyszedł na kolację z miną pokerzysty. Coulter, ekspert od magicznych przedmiotów, przyrządził klopsy podane z pieczonymi ziemniakami, brokułami i świeżą bułką. Wszyscy już siedzieli przy stole – dziadek, babcia, Dale, Coulter i Kendra.

            – Tanu i Warren jeszcze nie przyjechali? – spytał chłopiec.

            – Zadzwonili kilka minut temu – powiedział dziadek, pokazując swą nową komórkę. – Samolot Tanu miał opóźnienie.

            Właśnie jedzą coś po drodze. Powinni być tu za jakąś godzinę. Seth kiwnął głową. Popołudnie zakończyło się bardzo korzystnie.\ Przed kolacją zdążył schować złoto w pokoju na strychu, który dzielił z Kendrą. Woreczek ze skarbem owinął w sportowe spodenki i wepchnął na spód szuflady. Aż nie mógł uwierzyć, że udało mu się ukryć zdobycz, zanim ktoś mu przeszkodził. Teraz musiał już tylko zachować zimną krew.

            Ciekaw był, ile warte jest to złoto. Pewnie przynajmniej kilkaset tysięcy dolców. Nieźle jak na prawie trzynastolatka. Jedyny kłopot to nypsiki. Jako opiekun Baśnioboru Stan Sorenson na pewno wiedział o ich istnieniu. Seth był przekonany, że dziadek życzyłby sobie usłyszeć o tym, co je spotkało. Spróbowałby wówczas lepiej poznać sprawę. Kto był owym nikczemnym władcą, o którym wspominały wojownicze nypsiki?

            Czy mogło chodzić o Sfinksa? W Baśnioborze nie brakowało podejrzanych kandydatów. Choć Nowel podjął działania w obronie dobrych nypsików przed tymi złymi, Seth nie miał wątpliwości, że to nie koniec konfliktu. Jeśli nic nie zrobi, dobre nypsiki mogą zostać unicestwione.

            Mimo to chłopak się wahał. Jeżeli wszystko wygada, dziadek dowie się o jego wyprawach w zakazane rewiry Baśnioboru. Wtedy nie tylko straci przywileje, ale niemal na pewno będzie musiał zwrócić złoto. Seth aż się cały skulił w sobie na myśl o tym, jak bardzo wszyscy byliby rozczarowani jego postawą.

            Oczywiście w grę wchodziła możliwość, że dziadek sam odkryje źródło problemu z nypsikami podczas zwykłej opieki nad rezerwatem. Jednakże biorąc pod uwagę, jak mocno się ufortyfikowały te stworzenia, być może w najbliższym czasie Stan wcale nie zamierzał ich odwiedzać. Czy w porę zauważy, co się dzieje, żeby zapobiec tragedii? Odkąd Kendra znalazła pożegnalny list od Vanessy, wszyscy byli tak zajęci wydarzeniami poza Baśnioborem, iż Seth przypuszczał, że nieprędko ktoś zajrzy do nypsików.

            Może nawet dziadek w ogóle nic o nich nie wiedział?

            – Jeszcze dziś zbierzemy się, żeby omówić odkrycia Tanu i Warrena, prawda? – W tonie Kendry słychać było zaniepokojenie.

            – Oczywiście – potwierdziła babcia, nakładając brokuły na talerz.

            – Wiadomo, czy im się powiodło? – spytała dziewczynka.

            – Wiemy tylko tyle, że Tanu nie znalazł Maddoksa – odrzekł dziadek. Miał na myśli handlarza wróżek, który zapuścił się do upadłego rezerwatu w Brazylii. – A Warren sporo podróżował. Nie mogliśmy ryzykować omawiania przez telefon szczegółów naszego tajnego problemu. Seth polał klopsy keczupem, a potem zaczął jeść. Trochę za ostre, ale pyszne.

            – A nasi rodzice? – zapytał. – Ciągle się upierają, żebyście odesłali nas z powrotem?

            – Kończą nam się wymówki – przyznał dziadek. Zmartwiony spojrzał na babcię. – Już za kilka tygodni szkoła.

            – Nie możemy wrócić do domu! – zawołała Kendra. – A już na pewno dopóki nie sprawdzimy, czy Sfinks jest niewinny. Stowarzyszenie wie, gdzie mieszkamy, i wcale nie boi się nas tam szukać.

            – W pełni się zgadzam – powiedział dziadek. – Kłopot w tym, jak przekonać waszych rodziców. Kendra i Seth spędzali w Baśnioborze całe wakacje pod pretekstem opieki nad kontuzjowanym dziadkiem. Kiedy tu przyjechali, rzeczywiście jeździł na wózku, ale uleczył go artefakt wydobyty z odwróconej wieży. Zgodnie z pierwotnym planem dzieci miały zostać w rezerwacie tylko kilka tygodni. Po rozmowach telefonicznych dziadkom udało się przedłużyć ten okres do ponad miesiąca. Kendra i Seth opowiadali rodzicom, jak świetnie się bawią, a babcia z dziadkiem podkreślali, że bardzo im pomagają.

            Po miesiącu dziadek słyszał wyraźnie, że jego syn i synowa naprawdę się niecierpliwią, więc zaprosił ich na tydzień. Wraz z babcią uznali, że najlepiej będzie pozwolić im odkryć prawdę o Baśnioborze. Wtedy można by otwarcie porozmawiać o niebezpieczeństwie, w jakim znalazły się dzieci. Niestety, chociaż podsuwali im wiele tropów, Scott i Marla zupełnie się nie połapali.

            W końcu Tanu przygotował dla nich herbatkę, która czyniła ich podatnymi na sugestie, a wtedy dziadek, ubrany w fałszywy gips, ustalił z nimi, że Kendra i Seth zostaną tu jeszcze przez miesiąc. Teraz ten czas znów się kończył.

            – Tanu wraca – przypomniał Seth. – Może znowu podsunie tacie trochę herbatki?

            – Potrzebujemy czegoś więcej niż tymczasowe rozwiązania – odrzekła babcia. – Obecne zagrożenie może się utrzymywać całymi latami. Możliwe, że teraz, gdy artefakt opuścił Baśniobór, Stowarzyszenie Gwiazdy Wieczornej nie jest już wami zainteresowane.

            Instynkt podpowiada mi jednak coś innego.

            – Mnie też – zgodził się dziadek, znacząco spoglądając na Kendrę.

            – Nie możemy zmusić rodziców, żeby zobaczyli, co kryje się pod iluzją? – zapytała dziewczynka. – A gdyby tak dać im mleka i pokazać wróżki? Albo zaprowadzić do Wioli w stodole?

            Dziadek pokręcił głową.

            – Sam nie wiem. Całkowita niewiara to silny czynnik hamujący.

            Można pozostać ślepym na ewidentną prawdę bez względu na to, co zrobią bądź powiedzą inni.

            – Mleko by na nich nie zadziałało? – zdziwił się Seth.

            – Możliwe, że nie – potwierdził dziadek. – Między innymi dlatego pozwalam niektórym odkryć tajemnice Baśnioboru poprzez odnajdywanie wskazówek. Po pierwsze, dzięki temu sami mogą zdecydować, czy chcą poznać prawdę. Po drugie, ciekawość osłabia niewiarę. Żeby mleko podziałało, nie potrzeba bardzo głębokiej wiary, ale całkowitą niewiarę trudno przezwyciężyć.

            – Myślicie, że nasi rodzice w ogóle nie wierzą? – spytała Kendra.

            – Jeśli chodzi o możliwość istnienia mitycznych istot, najwyraźniej nie – przyznał dziadek. – Zostawiłem im znacznie więcej oczywistych tropów niż tobie i Sethowi.

            – Ja podczas jednej rozmowy niemal otwarcie powiedziałam im prawdę o Baśnioborze i mojej roli – dodała babcia. – Przerwałam, gdy zorientowałam się, że gapią się na mnie takim wzrokiem, jakby chcieli mnie odwieźć do wariatkowa.

            – W jakimś stopniu ich niewiara może im zapewnić bezpieczeństwo – rzekł dziadek. – Ochroni ich przed wpływem czarnej magii.

            Seth się skrzywił.

            – Chcecie powiedzieć, że magiczne stwory istnieją tylko wtedy, kiedy w nie wierzymy?

            Dziadek otarł usta serwetką.

            – Nie. Istnieją bez względu na naszą wiarę. Ale zwykle jej odrobina jest potrzebna, żeby wejść z nimi w kontakt. Co więcej, większość magicznych istot tak bardzo nie lubi niewiary, że trzyma się od niej z daleka, tak jak my unikamy nieprzyjemnych zapachów. To jeden z powodów, dla których wiele stworzeń postanowiło uciec do rezerwatów.

            – Czy ktoś z nas byłby w stanie przestać w nie wierzyć? – zastanawiała się Kendra.

            – Nie zawracaj sobie głowy – fuknął Coulter. – Nikt nie starał się tak jak ja. Większość z nas po prostu musi sobie jakoś radzić.

            – Ciężko wątpić, kiedy już się miało z nimi styczność – przyznał Dale. – Wiara zmienia się w pewność.

            – Są tacy, którzy dowiadują się o tym świecie i postanawiają od niego uciec – powiedziała babcia. – Unikają rezerwatów oraz substancji otwierających oczy, takich jak mleko Wioli. Odwracając się od tego, co magiczne, pozwalają, żeby wiedza pozostała uśpiona.

            – Ja myślę, że to zdrowy rozsądek – mruknął Coulter.

            – Wasi dziadkowie Larsenowie przedwcześnie zrezygnowali z zaangażowania w nasze tajemne stowarzyszenie – wyjaśnił dziadek.

            – Dziadkowie Larsenowie wiedzieli o magicznych stworach?! – krzyknął Seth. – Tyle co my, jeśli nie więcej – odparła babcia. – Wycofali się, gdy się urodziłeś. Wiązaliśmy z waszymi rodzicami ogromne nadzieje. Zapoznaliśmy ich ze sobą i po cichu wspieraliśmy ich zaloty. Kiedy Scott i Marla okazali się niezainteresowani naszym sekretem, dziadkowie Larsenowie stracili zapał. – Zaprzyjaźniliśmy się z Larsenami, gdy wasi rodzice byli dziećmi – dodał dziadek.

            – Chwileczkę – przerwała Kendra. – Czy dziadkowie naprawdę zginęli przypadkowo?

            – Z tego, co zdołaliśmy ustalić, to tak – odrzekła babcia.

            – Opuścili naszą społeczność dziesięć lat wcześniej – powiedział dziadek. – Spotkał ich po prostu tragiczny wypadek.

            – Nigdy bym nie zgadł, że wiedzieli o tajnych rezerwatach – przyznał Seth. – Nie wyglądali na takich.

            – Ale właśnie tacy byli – zapewniła babcia. – Umieli natomiast dotrzymywać tajemnicy, a także odgrywać role. W swoim czasie sporo dla nas szpiegowali. Oboje należeli do organizacji Rycerzy Świtu.

            Kendra nigdy nie przypuszczała, że zmarli dziadkowie dysponowali tą samą tajną wiedzą co Sorensonowie. Teraz jeszcze bardziej za nimi tęskniła. Byłoby super dzielić się z nimi tą niesamowitą tajemnicą! Dziwne, że dwa małżeństwa znające sekret doczekały się dzieci, które nie chciały uwierzyć.

            – Jakim cudem przekonamy rodziców, żeby pozwolili nam tu zostać? – spytała Kendra.

            – Będziemy się nad tym dalej głowić – obiecała babcia i puściła oko. – Mamy jeszcze jakiś tydzień.

            Dokończyli posiłek w milczeniu. Podziękowali Coulterowi za klopsy, a później wspólnie posprzątali naczynia ze stołu. Dziadek zaprowadził ich do salonu, gdzie wszyscy usiedli.

            Kendra kartkowała bardzo starą książkę z baśniami. Wkrótce zazgrzytał klucz i otworzyły się drzwi frontowe. Do domu wszedł Tanu, znawca eliksirów – wysoki Samoańczyk o mocnych przygarbionych barkach. Jedno muskularne ramię wisiało na temblaku, owinięte bandażem. Z drugiego zwisała pękata torba, wybrzuszona od dziwnych kształtów. Za nim pojawił się Warren.

            Miał na sobie skórzaną kurtkę, a jego brodę pokrywał trzydniowy zarost.

            – Tanu! – zawołał Seth, biegnąc na spotkanie potężnego Samoańczyka. – Co się stało?

            – O to ci chodzi? – Tanu wskazał na obandażowane ramię.

            – Aha.

            – Spartaczony manikiur – wyjaśnił mężczyzna z błyskiem w oku.

            – Ja także wróciłem – przypomniał Warren.

            – Jasne, ale ty się nie zakradałeś do upadłego rezerwatu w Ameryce Południowej – odparł lekceważąco Seth.

            – Ale też miałem parę groźnych przygód – wymamrotał Warren. – Fajnych.

            – Cieszymy się, że obaj wróciliście cali i zdrowi – odezwała się babcia.

            Młody mężczyzna rozejrzał się po salonie, a potem nachylił się do Tanu.

            – Wygląda na to, że spóźniliśmy się na jakieś spotkanie.

            – Nie możemy się doczekać, aż opowiecie nam, co odkryliście – powiedziała Kendra.

            – A dacie najpierw trochę wody? – Warren pociągnął nosem.

            – Pomożecie z bagażami? Albo chociaż serdecznie uściśniecie nam dłonie? Zupełnie jakby interesowały was tylko informacje.

            – Odpuść sobie ten teatr i siadaj – wtrącił się Dale.

            Warren rzucił bratu chmurne spojrzenie.

            Do pokoju weszli Tanu i Seth. Usiedli obok siebie. Warren zajął miejsce na sofie przy Kendrze.

            – To dobrze, że wszyscy tu jesteśmy – oznajmił dziadek. – Tylko my, zebrani w tym pokoju, jesteśmy świadomi oskarżenia Sfinksa o zdradę. Gdyby okazało się to prawdą, oznaczałoby, że rozległa sieć jego szpiegów, zarówno z wyboru, jak i mimowolnych, czai się wszędzie. Jeśli jednak oskarżenia są fałszywe, to nie pora na rozpuszczanie pogłosek, które mogłyby doprowadzić do waśni. Jestem pewien, że po wszystkim, co wspólnie przeszliśmy, możemy ufać sobie nawzajem.

            – Co nowego odkryliście? – zapytała babcia.

            – Niewiele – przyznał Tanu. – Dostałem się na teren brazylijskiego rezerwatu. Panuje tam chaos. Lycerna, gadzi demon, obaliła wszelki porządek. Jeśli Maddox zadekował się w bezpiecznym miejscu, to może nic mu nie jest, ale nie zdołałem go namierzyć. Natomiast dostarczyłem wannę i zostawiłem zakodowane instrukcje wskazujące, gdzie ją ukryłem. Maddox wie, jak jej używać.

            – Dobra robota – pochwalił Coulter.

            – Jaką wannę? – spytał Seth.

            Coulter spojrzał na dziadka, a ten kiwnął głową.

            – Taką wielką, staromodną, blaszaną. Tak się akurat składa, że jest powiązana transprzestrzennie z identyczną wanną, która stoi tu na strychu.

            – Nic nie zrozumiałem – odparł Seth.

            – Chwileczkę – rzekł Coulter.

            Wstał i udał się do sąsiedniego pokoju. Wrócił ze sponiewieraną skórzaną torbą.    Pogrzebał w niej przez moment, po czym wyciągnął dwie blaszane puszki.

            – Działają tak samo jak wanny, ale na mniejszą skalę. Nieraz używałem ich do przesyłania wiadomości. Proszę, zajrzyj do środka. – Podał Sethowi jedną z puszek.

            – Pusta – oznajmił chłopiec, sprawdziwszy wnętrze.

            – Zgadza się – potwierdził Coulter. Potem wyjął z kieszeni monetę i wrzucił ją do swojej puszki. – Zobacz teraz.

            Seth spojrzał do środka i zobaczył tam ćwierćdolarówkę.

            – Widzę monetę! – zawołał.

            – Tę samą, którą wrzuciłem – wyjaśnił Coulter. – Puszki są połączone.

            Dzielą między sobą wspólną przestrzeń.

            – Więc teraz mamy dwie monety? – spytał chłopiec.

            – Tylko jedną – sprostował mężczyzna. – Wyjmij ją.

            Seth ścisnął ćwierćdolarówkę w dłoni. Coulter uniósł naczynie.

            – Widzisz? Moja zniknęła. Wyjąłeś ją ze swojej puszki.

            – Super – wydyszał Seth.

            – Jeśli Maddox znajdzie wannę, może przez nią wrócić do domu – powiedział Coulter. – Jedyny problem polega na tym, że ktoś po naszej stronie musi go wyciągnąć. Bez pomocy z zewnątrz może wyjść tylko z tej wanny, do której wszedł.

            – Więc gdyby ktoś pomógł nam na tamtym końcu, moglibyśmy dostać się do brazylijskiego rezerwatu przez starą wannę na strychu? – spytał chłopiec.

            Babcia uniosła brwi.

            – Jeśli masz ochotę ryzykować, że pożre cię monstrualny wąż-demon, to owszem.

            – Zaraz – wtrąciła Kendra. – Dlaczego Tanu po prostu nie wrócił przez wannę?

            Samoańczyk zachichotał.

            – Zamierzałem jej użyć, ale poza dostarczeniem wanny chciałem również ustalić, czy z brazylijskiego rezerwatu zabrano artefakt.

            Niestety nie odkryłem, gdzie go schowano. Lycerna odcięła mi drogę ucieczki do wanny. Całe szczęście, że dałem radę przeleźć przez mur.

            – Mówimy o waszej części strychu, prawda? – zapytał Seth. – Tej tajnej, a nie tej, gdzie nocujemy.

            – Bingo – przyznała babcia.

            – Jak sobie rozwaliłeś rękę? – zaciekawił się chłopiec.

            – Szczerze? – odrzekł Tanu z zażenowaniem. – Spadając z muru na ziemię.

            – Myślałem, że cię ten demon chapsnął – westchnął Seth nieco rozczarowany.

            Samoańczyk uśmiechnął się smętnie.

            – Wtedy już by mnie tu nie było.

            – Czy są jakieś poszlaki, że do upadku brazylijskiego rezerwatu przyczynił się Sfinks? – chciał wiedzieć dziadek.

            – Nie znalazłem tam nic, co by go obciążało. Był w tamtych okolicach wkrótce po tym, jak zaczęły się problemy, ale przecież zawsze pojawia się tam, gdzie coś się sypie. Nie mam pojęcia, czy przybył, żeby pomóc, czy żeby przeszkadzać.

            – Warren, a jak tobie się powiodło? – zapytał dziadek. – Jakieś wieści o piątym tajnym rezerwacie?

            – Ciągle nic. Wciąż słyszę o tej samej czwórce, o której już wiemy: Australia, Brazylia, Arizona, Connecticut. Nikt nie zna położenia piątego.

            Dziadek pokiwał głową. Wydawał się odrobinę rozczarowany, ale nie zaskoczony.

            – A co z tą drugą sprawą?

            – Sfinks umie zacierać ślady – przyznał Warren, teraz już całkiem poważny. – A o kogoś takiego jak on nie pyta się wprost. Próbując ustalić jego pochodzenie, czułem się tak, jakbym błąkał się po labiryncie pełnym ślepych zaułków. Wystarczy, że zrobię parę kroków w jakimś nowym kierunku, a rozbijam się o ścianę. Byłem w Nowej Zelandii, na Fidżi, w Ghanie, Maroku, Grecji i na Islandii. Sfinks mieszkał w przeróżnych miejscach. W każdym mają odmienną teorię na temat tego, kim jest i skąd się wziął. Niektórzy twierdzą, że jest awatarem zapomnianego egipskiego boga. Inni myślą, że to wąż morski skazany na życie na suchym lądzie. Jeszcze inni widzą w nim arabskiego księcia, który zdobył nieśmiertelność, oszukując diabła. Każda wersja jest całkiem inna, a co jedna, to bardziej naciągana. Rozmawiałem, z kim tylko się dało: z opiekunami, magicznymi istotami, historykami, przestępcami. Gość jest jak duch. Historie, które słyszałem, zbytnio różnią się od siebie. Myślę, że sam rozpuścił te plotki, żeby wywieść w pole każdego, kto szuka prawdy tak jak ja teraz.

            – Sfinks zawsze spowijał się tajemnicą. Właśnie dlatego jest taki podatny na oskarżenia Vanessy – przyznał dziadek.

            – O czym ona świetnie wiedziała – zwrócił uwagę Coulter. – Łatwo oczerniać kogoś takiego jak on. To dzieje się nie po raz pierwszy.

            – Owszem, ale takie oskarżenia to zwykle bezpodstawny bełkot wystraszonych – odrzekła babcia. – Tym razem poszlaki są przerażająco trafne. Wyjaśnienia Vanessy idealnie pasują do wydarzeń.

            – Nie bez powodu nie skazuje się ludzi w procesach poszlakowych – powiedział Tanu. – Przekonaliśmy się na własnej skórze, jak przebiegła potrafi być Vanessa. Mogła zgrabnie wykorzystać fakty, żeby wymyślić wiarygodne kłamstwo.

            – Mam też inne wieści – oznajmił Warren. – Odbędzie się walne zgromadzenie Rycerzy Świtu, pierwsze od ponad dziesięciu lat. Muszą się stawić wszyscy członkowie.

            Coulter westchnął.

            – To nigdy nie jest dobry znak. Ostatnio byłem na walnym zgromadzeniu, gdy na jaw wyszły dowody na odrodzenie się Stowarzyszenia Gwiazdy Wieczornej.

            – Ty też jesteś Rycerzem? – spytał go Seth.

            – Na wpół emerytowanym. W zasadzie nie powinniśmy się ujawniać, ale sądzę, że jeśli komukolwiek mogę ufać, to właśnie wam. Poza tym i tak wkrótce zejdę z tego świata.

            – Jest coś jeszcze – mówił dalej Warren. – Kapitan chce, żebym przyprowadził Kendrę.

            – Co?! – wykrzyknął dziadek. – To oburzające!

            – Na zgromadzenia są zapraszani wyłącznie Rycerze – powiedziała babcia.

            – Wiem, wiem, nie zabijajcie posłańca – odparł Warren. – Chcą przyjąć ją w swoje szeregi.

            – W jej wieku?! – Dziadek poczerwieniał. – Na porodówce też już rekrutują?

            – Wszyscy przecież wiemy, kto jest Kapitanem – dodał Warren – chociaż nigdy nie ujawnia tożsamości.

            – Sfinks? – zgadła Kendra.

            Dziadek w zamyśleniu kiwnął głową, skubiąc dolną wargę.

            – Czy podali jakieś wyjaśnienie?

            – Kapitan zasugerował, że Kendra ma zdolności, które pomogą nam przetrwać nadciągającą burzę.

            Dziadek ukrył twarz w dłoniach.

            – Co ja narobiłem? – jęknął. – To ja zdecydowałem, żeby przedstawić ją Sfinksowi. Teraz on chce wykorzystać jej umiejętności.

            Kto wie, czy w szczytnych, czy w niecnych celach?

            – Nie możemy jej puścić – stwierdziła stanowczo babcia. – Jeśli

            Sfinks jest także przywódcą Stowarzyszenia, to z pewnością pułapka.

            Kto wie, ilu Rycerzy stoi po jego stronie?

            – Współpracowałem z wieloma – odezwał się Tanu. – Widziałem, jak ryzykują i poświęcają życie. Mógłbym ręczyć, że większość z nich to prawdziwi obrońcy rezerwatów. Jeśli działają na niekorzyść naszej sprawy, to dlatego, że dali się nabrać.

            – Ty też jesteś Rycerzem? – zapytał Seth.

            – Warren, Tanu, Coulter i Vanessa są Rycerzami Świtu – powiedział dziadek.

            – Z Vanessą raczej słabo wyszło – przypomniał chłopiec.

            – Kolejna słuszna uwaga – przyznała babcia. – Nawet jeśli Sfinks jest uczciwy, to jej przypadek dowodzi, że wśród Rycerzy kryje się co najmniej kilku zdrajców. Spotkanie z nimi wszystkimi może być niebezpieczne dla Kendry.

            – Gdzie się odbędzie? – zapytał dziadek.

            Warren podrapał się w skroń.

            – Nie powinienem mówić, ale połowa z nas jutro dostanie oficjalne zaproszenia, a druga połowa ma prawo wiedzieć. Pod Atlantą, w domu Wesleya i Marion Fairbanksów.

            – Kto to? – spytał Seth.

            – Miliarderzy, wielbiciele wróżek – wyjaśniła babcia. – Mają prywatną kolekcję wróżek i wirkosiów.

            – Za które słono zapłacili – uzupełnił dziadek. – Fairbanksowie nie zdają sobie sprawy z zakresu działania naszej społeczności. Nigdy nie byli w rezerwacie. To ludzie z zewnątrz, użyteczni, gdy są potrzebne fundusze lub koneksje.

            – A do tego mają wielką rezydencję, idealną na zgromadzenia – dopowiedział Coulter.

            – Ale ostatnie było dziesięć lat temu, prawda? – zapytała Kendra.

            – Ostatnie walne – sprecyzował Tanu. – Na walne zgromadzenie muszą przybyć wszyscy, bez żadnych wykrętów. Dyskrecja ma dla Rycerzy bardzo duże znaczenie, więc takie spotkania są rzadkością. Zwykle zbieramy się w mniejszych grupach. Na większe zgromadzenia przybywamy w przebraniu. Tylko Kapitan zna tożsamość wszystkich członków bractwa.

            – A on być może jest zdrajcą – powiedziała Kendra.

            – Właśnie – zgodził się Warren. – Ale nie wyobrażam sobie, że moglibyśmy odmówić.

            Dziadek spojrzał na niego i uniósł brew. Ruchem dłoni dał mu znak, żeby rozwinął myśl.

            – Jeżeli Sfinks rzeczywiście jest naszym wrogiem, to okazanie mu podejrzliwości jest ostatnią rzeczą, na jaką możemy sobie pozwolić.

            Gdyby wiedział, że odkryliśmy jego sekret, to zgodnie z oskarżeniami Vanessy jego zemsta byłaby straszna.

            Dziadek niechętnie pokiwał głową.

            – Gdyby chciał zadziałać przeciwko Kendrze, to raczej nie wtedy, gdy powinien ją chronić. Zdaje sobie sprawę, że wielu Rycerzy podejrzewa go o bycie Kapitanem. Ciekawe, dlaczego zażyczył sobie jej obecności.

            – Może ma talizman, który trzeba naładować – zasugerowała babcia. – Zdolność Kendry do ładowania magicznych przedmiotów za pomocą dotyku jest niespotykana.

            – Możliwe, że to artefakt z Brazylii – mruknął Tanu.

            Na samą myśl o konsekwencjach wszyscy zamilkli.

            – Ale przecież Sfinks może być po naszej stronie – przypomniał Coulter.

            – Kiedy ma się odbyć zgromadzenie? – zapytał dziadek.

            – Za trzy dni – powiedział Warren. – Wiesz, że zawsze powiadamiają w ostatniej chwili, żeby uniknąć sabotażu.

            – Ty też jesteś Rycerzem? – zainteresował się Seth.

            – Kiedyś byłem – odrzekł dziadek. – Żaden z opiekunów nie należy do bractwa.

            – Jedziesz na spotkanie? – zapytała Kendra.

            – Zgromadzenia są przeznaczone tylko dla aktualnych członków.

            – Będziemy tam Tanu, Warren i ja – oznajmił Coulter. – Zgadzam się, że bez względu na prawdziwe zamiary Sfinksa, Kendra powinna pojechać na spotkanie. Nie opuścimy jej nawet na chwilę.

            – Nie możemy wymyślić wiarygodnego wytłumaczenia jej nieobecności? – zastanawiała się babcia.

            Dziadek powoli pokręcił głową.

            – Gdybyśmy nie wątpili w uczciwość Sfinksa, zrobilibyśmy, co w naszej mocy, żeby spełnić jego prośbę. Wszelkie wymówki wzbudzą jego podejrzliwość. – Następnie spojrzał na Kendrę. – A co ty uważasz?

            – Chyba lepiej, jeśli pojadę – powiedziała dziewczynka. – Bywałam już w trudniejszych sytuacjach. Żeby mnie skrzywdzić, Sfinks musiałby się ujawnić. Poza tym miejmy nadzieję, że Vanessa kłamała.

            Nie sądzicie, że dobrze byłoby z nią porozmawiać?

            – Tylko jeśli chcemy, żeby jeszcze bardziej zamieszała nam w głowach – parsknął Coulter. – Jakże moglibyśmy wierzyć w cokolwiek, co powie? Ona jest zbyt groźna. Moim zdaniem nawet gdybyśmy pozwolili jej choć przez chwilę odetchnąć świeżym powietrzem, i tak byśmy się jej przysłużyli. Niezależnie od tego, czy kłamała, czy pisała prawdę, jedynym celem tego listu było wydostanie się ze Skrzyni Ciszy.

            – Muszę się z tym zgodzić – przyznała babcia. – Myślę, że gdyby mogła podać więcej dowodów potwierdzających jej oskarżenia, zrobiłaby to w tamtej wiadomości. I tak list był wyjątkowo długi.

            – Gdyby jej zarzuty okazały się prawdziwe, Vanessa może nam się jeszcze bardzo przydać – powiedział dziadek. – Być może w szeregach jej organizacji są inni, których mogłaby zdemaskować.

            Jeśli tylko damy jej taką możliwość, to na pewno wykorzysta informacje jako kartę przetargową, żeby uniknąć powrotu do Skrzyni Ciszy. W tej chwili nie mam siły łamać sobie głowy nad tą sprawą. Na razie wolałbym samodzielnie szukać dowodów.

            Może wasza czwórka dowie się czegoś więcej na walnym zgromadzeniu.

            – Czyli jadę? – zapytała Kendra.

            Dorośli w milczeniu wymienili spojrzenia, po czym kiwnęli głowami.

            – W takim razie został nam do omówienia już tylko jeden problem – stwierdził Seth.

            Teraz patrzyli na niego wszyscy obecni w pokoju.

            – Jak mi załatwić zaproszenie.